Uwaga! Dla wszystkich zainteresowanych ;]
Nowy adres mojej strony domowej to: http://antman.net.pl/
Koniec.
Ajjj...
MIała być nowa notka, no to jest.
Czasem nadchodzi taki dzień, że trzeba się obudzić, wstać i powiedzieć głośno "pierdolę".
Dzisiaj obudziłem się, wstałem i powiedziałem głośno "pierdolę".
I na tym ta cała historia się kończy.
Zamykam tego bloga, bo jest tak kosmicznie bezwartościowy, że wręcz nie wiem, co on tu jeszcze robi. Zostawiam go na pastwę losu, póki szanowne blog.pl go nie skasuje (co stanie się w przeciągu najblizszych 6 miesięcy).
Dziękuję za to, ze ktoś tam kiedyś wchodził na tego bloga, czytał go, a nawet i wyrażał swoje opinie.
Stworzyłem antman.blog.pl, a antman.blog.pl stworzył mnie, teraz on mnie niszczy, więc ja niszczę go. Koniec z codwutygodniowym użalaniem się nad sobą i wmawianiem sobie, że to jest czegoś warte; że jestem nie wiadomo jak bardzo inteligentnym człowiekiem, wiele przeżyłem i można się ode mnie dowiedzieć czegoś mądrego.
Bzdura! Mam 19 lat, jestem głupi, leniwy, żyję we własnym świecie i udaję, ze jestem z tego powodu dumny. A nie jestem. Dorobiłem sobie tylko do wszystkiego głupią ideologię, w którą bardzo głęboko uwierzyłem. Gubiące.
Prawie 4 lata... szybko przysżło, szybko poszło ;]
Teraz nastał nowy, inny czas, który zapowiada się bardzo obiecująco. Jedyne co musze zrobić, to troszeczkę dorosnąć do niego ;]
Dziękuje za uwagę.
Do usłyszenia i zobaczenia kiedyś w tym szerokim internecie ;]
A konkretnie w planach mniej osobisty blog pod zapewne innym adresem. Ale jeszcze nie wiem kiedy dokładnie.
Taka notka, żeby nie robić zbyt duzej przerwy między kolejnymi napadami weny...
Wow...
Przepraszam, ze tak długo nie pisałem, ale moja chęć do napisania chocby jednej inteligentnej literki jest znikoma, a wręcz powiedziałbym nijaka...
A właściwie to nie to, ze mi sie nie chce... bo w sumie to na upartego mi sie chce...
Po prostu raczej wątpie, ze mógłbym znaleźć temat, na którym mógłbym oprzeć swoje wypociny...
Ostatnio duzo sie dzieje w sumie, ale głównie są to rzeczy, na ktore tak czy siak zawsze narzekam w notkach...
Tym razem nie mam w swoim zyciu nic niesamowicie interesujacego i sprawiającego, że nie moge oprzeć się opisaniu tego tutaj...
Czyli ogólnie kurwa. Kropka.
Teraz jedynie pozwolę sobie podziękować za komentarze, bo jest ich całe 4 (słownie: CZTERY), a zahacza to o pewne rekordy i limity nie-do-pobicia ;P
Na dodatek nie są to byle jakie komentarze, za co bardzo dziękuję ;] Kasiu - masz racje, zrobiłem błąd w tym zdaniu... nie chciałem powiedzieć, ze nie lubię takich ludzi... ja po prostu myślę, że nie powinni tak postepować...
Do tego dodam, że cały sierpień przesiedziałem na moim koscistym dupsku robiąc dosłowne nic... za co zresztą zbierałem przez cały miesiąc baty od wszystkich...
Ogólnie czuje się głupi niesamowicie, co wprawia mnie w zakłopotanie wiecej niż raz dziennie... a to z kolei prowadzi do chwil, w których nie chce mi się czegokolwiek jeszcze bardziej...
Boję się, co będzie dalej... ciesze się, ze został mi jeszcze cały jeden miesiąc wakacji, podczas którego mogę jeszcze bardziej sie opierdalać i jeszcze wiecej batów za to zbierać... a od października będę studentem - to brzmi dumnie... i na samą myśl dostaję dreszczy, bo czuję, że znowu wszystko oleje szerokim łukiem i będzie mi bardziej zależało na "epidemii grypy wśród dzikich psów zamieszkujących nadmorskie miasta wschodnich Chin z uwzględnieniem wysp i kolonii połozonych blizej niż 200km od granicy państwa"... nie mam pojecia skąd mi sie to wzięło...
Doszedłem do wniosku, ze nie potrafię rozmawiać szczerze...
"Wydaje mi się, ze jestem nieszczery, bo nie umiem dostatecznie szybko dokonywać wyborów ani podejmować decyzji" Kurt Cobain rzekł...
Nie potrafię odpowiedzieć szczerze na pytanie podczas głebokiej rozmowy, w której partner patrzy sie na mnie wybałuszonymi oczami i oczekuje poprawnej odpowiedzi... czuję się niepewnie, nie potrafię wymyślić czegokolwiek konstruktywnego oraz inteligentnego i jedyne co wychodzi z moich ust to "dzizas", "nie wiem" albo "eee"...
Kłócić też się nie potrafię, bo w fazie wkurwienia słowa tak szybko wychodza mi na język, ze nawet nie jestem w stanie skontrolować tego, czy słowa, które wypowiadam mają jakikolwiek prawdziwy sens i zgadzaja się z moim tokiem myślenia...
Lubię pisać, o tak... zdecydownaie lubię pisać... bo mogę dokładnie wszystko przemysleć i wiem, że nie powiem czegoś, co wzięte jest totalnie z kosmosu i ma jakiś głębszy natchniony sens...
Czuję, że znam wszystkich ludzi, z którymi na codzień się zadaję... nawet mógłbym powiedzieć, że wiem o nich wszystko... każde zachowania...
Ale gdy ktos pyta "powiedz mi coś o XXX YYY", to ja nie mam zielonego pojecia, co mógłbym powiedzieć... nie mam pojęcia jak określić te rzeczy, które wiem o XXX YYY, nie wiem jak ubrać to w słowa...
Pewnie i tak nie wiecie o co mi dokładnie chodzi, ale jakoś musiałem to powiedzieć, tak żeby się wyżalić chocby w powietrze...
Zresztą baj de łej (jak to mawiaja ostatnimi czasy nowocześni elo-blogerzy) ostatnio właśnie zauwazyłem, że nie potrafie zdań sklecić normalnych i często ktoś nie wie, o co mi chodzi...
Antyspołeczny i dziki się czuję...
Ajjj...
Do usłyszenia za kilka dni, bo dzisiaj nie jest dobry dzień na cokolwiek...
W playerze Dido w utworze Here With Me... ajjj... jakoś mam sentyment do tej piosenki i jak ostatnio odkopałem płytę spod sterty innych płyt tt tak mnie natchnęło jakoś, zeby posłuchać... i nie schodzi mi z playera już od kilku ładnych dni...
"when the wake ups hard to find, dreams make up for your life"
Ha!
Dwa tygodnie i jestem spowrotem ;D
No i humor mi się poprawił, ustabilizował i złapałem energię do tego by coś napisać chociaż...
Co ja mogę powiedzieć...?
Nie staram się...
Zupełnie...
Powinno mi zależeć na tym, na tamtym i na jeszcze wielu innych rzeczach...
No i zależy...
Ale starać to się nie staram i mimo że zamierzam, to ciemno to widzę w najbliższym czasie...
Obijam się w sumie troszeczkę, ale stwierdziłem, że chcę przeznaczyć trochę czasu na rzeczy, które bliskie są mi i które pozwalają mi się rozwinąć bardziej w sferze mojej dzikiej psychiki...
Zaczynam kreślić swój pogląd na rzeczy, które przydadzą mi się w dalszym życiu... nieudolnie je kreślę, ale sprawia mi radość odkrywanie kolejnych zaczątków pozytywnych aspektów dalszego mnie...
Wiem, co powinienem... wiem, czego nie powinienem... teraz tylko klarownie poukładać sobie to w głowie i być może wyjdzie z tego dość ciekawy układ.. o ile oczywiście podołam...
Ostatnio odbyłem kolejną niesamowitą rozmowę, która utwierdziła mnie w przekonaniu, że problemy problemami są, ale nie wolno na nie zwracać wielkiej uwagi, bo tak czy siak rozwiążą się...
Oczywiście są problemy, które nie rozwiążą się bez naszej ingerencji, ale zostało mi obiecane, ze każdy taki problem odróżnię od innych i na pewno uda mi się go potraktować z należytym podejściem...
Podobno można być ze mnie dumnym... można być dumnym z tego, jaki się stałem z człowieka jakim byłem...
Podobno mimo że brak mi doświadczenia, to odpowiednią inteligencje do toczenia walki z życiem mam i o ile będę się tylko tego trzymał to mogę osiągnąć wystarczająco dla mnie dużo...
I tego tylko oczekuje...
Oczekuje sukcesu... sukcesu opartego na samospełnieniu i satysfakcji z tegoż samospełnienia...
O ile robimy to co kochamy - pokonamy wszystko bez zbędnej utraty energii i zmysłów...
O ile mamy swoje własne pole, na którym czujemy się bezpiecznie, nikt ani nic nie może nas zniszczyć...
A upokorzenia...?
Nigdy nie powinno się upokarzać drugiego człowieka, bo jest to najgorsza z krzywd...
Upokorzenia niszczą... bardzo...
Ale dają nam też siłę i mobilizację do tego by być lepszym w tym co kochamy... do tego by skopać dupę reszcie... skopać i powiedzieć "Jebcie się wszyscy, teraz mój showtime!"
Najważniejsze jest to w co wierzymy... o ile wierzymy prawdziwie i nie mamy żadnych wątpliwości...
Wiara czyni cuda... nie w sensie religijnym, ale w sensie filozoficznym bardziej... w sensie naszej psychiki...
Nie lubię ludzi, którzy nie wierzą w swoje ideały, którzy nie wierzą w siebie...
Można wątpić! O tak! Wątpienie to natura ludzka, która buduje w nas prawidłowe podejście do sprawy...
Sam wątpię chyba częściej, niż jestem tak naprawdę przekonany do swoich myśli...
A najważniejsze jest w tym wszystkim mieć kogoś, kto ci pomoże... kto wesprze, nawet jeśli nie wierzy do końca w ciebie...
Dobrze mieć anioła...
Ojjj...
Swoja drogą ostatnio zapadłem się pod stertą swoich myśli dotyczących przeszłości... przeszłości dość bliskiej zresztą...
Bo uświadomiłem sobie ileż ja zawsze problemów sprawiałem ludziom... i to głównie tym, którzy oczekiwali ode mnie bezproblemowego człowieka...
Głupio mi, ze nawet w którymś momencie polubiłem to i sprawiało mi satysfakcję bycie odrębnym od innych, nieposłusznym wręcz na siłę...
A teraz... a teraz próbuję tego nie robić... ale jestem człowiekiem, a problemy lubią tworzyć się niezauważenie...
I najlepiej po prostu stłamsić to wszystko jeszcze w zarodku, bo potem można osiągnąć całkiem nieciekawe rezultaty...
Ajjj... raniłem ludzi... bardzo... dużo... i przepraszam za to...
Staram się być lepszym dla innych...
Czasem być może zbyt dobrym...
Zastanawiam się ile ludzi widzi we mnie dobrego człowieka... (o ile w ogóle istnieje pojecie "dobrego człowieka")
Czasem dostaje w dupę za bycie dobrodusznym...
I teraz się zastanawiam...
Czy to dobrze, że zostawiam to bez żadnego sprzeciwu?
Że nie kopie w dupę tych, którzy traktują mnie nie tak jak trzeba?
Jestem niestety dość tępym dzieciakiem i dopiero po dłuższej chwili namysłu doszedłem do pewnej analogii względem mnie...
Że przecież ja też nie traktowałem dobrze niektórych ludzi, którzy chcieli dla mnie dobrze... i duża część tych osobników nigdy nie zwróciła mi specjalnej uwagi...
Może powinni..?
Może naniosło by mnie to na właściwą drogę zachowań wcześniej, a nie dopiero teraz...?
Wiec może ja też powinienem zwracać uwagę...?
A może jednak nie i po prostu czekać aż prawda o nich samych sama ich dosięgnie...?
Nie wiem... po prostu nie wiem...
A może każdego człowieka powinno traktować się jako osobny przypadek...?
Kto to kurwa wie...?
Czasem dość mam swoich ułomności...
Tego jak się zachowuję względem niektórych określonych sytuacji...
Czasem wiem, co powinienem zrobić i mam w głowie klarownie ułożony plan i po prostu nie wiem dlaczego nie wprowadzam go w życie...
Czasem nie mam siły na to by cokolwiek zrobić...
Czasem po prostu nie wiem, jak coś powinienem zrobić i czuję się tak niesamowicie gorszy i głupszy od innych, którzy takie podstawy mają obcykane do granic możliwości...
Czasem coś mi wychodzi, ale nie czuje satysfakcji z tego, bo wiem, ze dla innych to po prostu żaden problem...
Nigdy nie wychodzi mi coś tak, bym miał z tego satysfakcję... poczucie, że jestem lepszy od innych...
Nigdy nie wiem, czy aktualne zachowanie jest prawidłowe, czy jest adekwatne do tego jaki chcę osiągnąć rezultat...
Czuję się taki po prostu ogłupiony przez to wszystko dookoła mnie...
I cały czas czuję, ze za bardzo się w to wszystko zagłębiam...
A jednak sprawia mi to radość...
i czuję się szczęśliwy mając unikalną zdolność samospełnienia poprzez zwykłe rozmyślanie...
Dobranoc, dziękuję, pozdrawiam tych co to jeszcze czasem zaglądają tu, żeby sprawdzić, czy jeszcze żyję i jak żyję...
W playerze... hmmm... John Frusciante - gitarzysta Red Hot Chili Peppers - w utworze "The Past Recedes" z jego solowej płyty "Curtains" (gorąco polecam przesłuchać - dla mnie to arcydzieło)...
These are the times I was scared of
These are the fates I pushed out of the
way
Now they come back here and haunt me
It's plain to see who the winner
and loser will be John Frusciante - "Anne"
Szybko i bezboleśnie. Chlast!
Ooo taaak...
Znowuż ja sobię tutaj do Was piszę...
Poniedziałek...
A może właściwie to juz wtorek...
Gubię się tak naprawdę już... egzystuję sobię tutaj tak...
Wszędzie non-stop jakieś problemy, kłopoty, potopy, wpadki, upadki i gówno... wszędzie to samo gówno...
I brak spokoju do tego by wypocząc...
Nie leniuchować... o nie... do tego by po prostu wypocząć...
Bo wszędzie ten cały swiat wtyka nos w twoja głowe i w twój otwarty tyłek i poszukuje odkrytego nerwa...
A hyc! Attack!
Kurwa...
Czuję się maxymalnie głupio nie mając ambicji takich jak inni... dobrze, że w ogóle jakiekolwiek mam - pocieszam się tym...
Mój humor zmienia się jak pogoda, a stabilizacja nastroju nie nadchodzi... ale zamierza nadejść - pocieszam się tym...
Wiec jesli któreś z was chce mnie teraz zniszczyć - proszę - to jest wasz moment, bo jestem teraz w gorszej formie aniżeli było to nawet z pół roku temu... ale będzie lepiej - tym też się pocieszam...
W ogóle się pocieszam... pocieszam się wyjątkowo wyjatkową konsystencją kupy, która na mnie leci... bo zła nie jest tak naprawdę... moze i jest jej duzo, ale uporać się z nią da bez zbędnego wysiłku...
Aczkolwiek boooli... boli, bo powinno boleć...
Moze to nauczka, za te trzy lata...
Dom przestaje być domem... bezpieczeństwo zaczyna być pojęciem z bajek... a wszelkie prawdy życiowe i tak są niczym w porównaniu z siłą pieniądza...
Sam zaprzedaję duszę diabłu (o ile taki w ogóle istnieje skurwysyn)... i niszczę się sam z własnej woli... a moze i nie... ale napewno świadomie...
Jakoś mnie tam jakieś pasje trzymają jeszcze przy życiu... i wola przeżycia wyjatkowo jakoś - tak dla swietego spokoju - zobaczymy ile taki nieudacznik moze wytrzymać pod obstrzałem...
Ale co was biednych to obchodzi.. bo sami też w tym tkwicie i doświadczacie pewnie tego samego w kółko, czego i ja doświadczam...
Ale tu znowu jestem udupiony, bo mnie jakoś trafia to mocniej, niz większość... nie lubię tego, ale jaką mi to niesamowitą radość sprawia...
Ze ja niezdecydowany jestem niby moze?
Niiieeee... wcaleeee...
Schizofrenicznie totalnie zaczynam żyć... balonowo wywrócony... złem na wierzchu, dobrem w środku - z wentylem, zeby każdy mógł wydymać tego dobrego...
I tak się obijam od sciany do ściany, próbuję łapać klocki... jak jakis pieprzony tetris... co linia to luka... to sie chyba szybko nie skończy... bo walczę jakos tam...
Ajjj... dobra... koniec z tym metaforycznym pierdoleniem...
Co u mnie?
Żyję... choć trochę załuję, to jednak jakoś to mi się podoba, bo mam jednak te pewne pozytywne aspekty...
Studia...? A-co-to?
Jestem nieambitny, rozpuszczony i miałem 50-pare procent z matmy podstawowej, co kwalifikuje mnie na chujowego studenta informatyki... ale zobaczymy jaki z tego budyń wyjdzie...
Siedzę aktualnie non-stop w tej szarej Warszawie, co jakiś czas próbując jak najdalej uciec, co mi nie za bardzo wychodzi...
Chcę znowu wyjechać, ale nie za bardzo jest jak...
Prawie wszyscy powyjeżdżani nie-wiadomo-tak-naprawdę-gdzie...
I kropka.
Tkwię tu z Moim Osobistym Uczłowieczonym Szczęsciem, którego szkoda mi mordować swoim zapotrzebowaniem na pozytywnego cokolwiek... ja naprawdę staram się nei stwarzać problemów... ale tak to już mam, ze to łatwiej niz cokolwiek innego przychodzi mi jakoś...
Całą reszta z daleka ode mnie, żeby pokazać jaki to jestem be i fe i w ogóle nie da się ze mna współpracować...
A ja... a ja z inicjatywą wychodzić nie będę nigdzie, bo saperem nie jestem i nie chcę znowu wdepnąc w jakąś minę, jak przed laty... egoista - może i tak, ale uzasadniony... nie to nie...
Planuję zabawę w nielegalność całkowitą, jak również dodatkowo zabawę w pracowitość legalną... o dzizas... uwaga - Mrówa planuje swoją pracę... no to sie pośmialiśmy...
I tyle z tego całego zycia pozostało...
Kupa zdań naładowanych negatywem i pesymizmem.
Dziękuję, pozdrawiam.
P.S.
W playerze Weezer. Swietny zespół, który na swoim koncie ma wiele płyt i niezliczoną ilosć hitów. Polecam zapoznać się z twórczością - a przede wszystkim z tekstami, bo są po prostu niesamowite!
I've
got an electric guitar.
I play my stupid songs.
I write these stupid
words
And I love every one
Waiting there for me.
Yes I do, I do.
In the garage, I feel safe.
No one cares about my ways.
In the garage
where I belong.
No one hears me sing this song.
In the garage. Weezer - In The Garage
Takie nieogarnione coś, po dłuzszej przerwie...
Uhhh... jakby tu zacząć...
Mhmmm...
Może od tego, ze nie napisałem tu ncizego od prawie dwóch miesięcy...
Czemu?
Cóż... moze dlatego, że było mi zbyt dobrze... a jak było mi zbyt dobrze, to i nie miałem ochoty się zastanawiać nad niczym głebszym...
Miałem ochotę coś napisać, ale nie do końca wiedziałem co...
No i kiedy kilka dni temu napisałem krótką przemowę, która miała powiadomoć Was, że kolejna notka to się pojaiw dopiero gdzieś na jesieni, to jakoś pomyślałem, ze jeszcze poczekam kilka dni - a nuż coś mnie najdzie... hę?
No i taki oto włąśnie tu jestem...
Minęły dwa miesiące... długie 60 i jeszcze parę dni...
Dużo się działo... dużo się piło, mało spało... ogólnie się świetowało... choć tak naprawdę nie ma czego świętować...
A i odpoczywać za bardzo nie mam od czego, bo jakoś specjalnie się nie nameczyłem przez ostatni rok...
Ogólnie sie obijam, co co dzień wzbudza we mnie coraz większe poczucie winy i wyrzuty sumienia...
A przede wszystkim wcale nie zmniejsza to mojego lenistwa...
O jakbym ja chciał coś zrobić pożytecznego... choćby dla mnie... co by mnie jakkolwiek spełniło...
Ale mało takich rzeczy jest chyba na tym swiecie, które by mnie usatysfakcjonowały...
A może i dużo...
Tiaaa... dużo i małoosiągalnych...
Tak naprawdę olewam ludzi strasznie... nawet tych najblizszych... i wciaż sie oszukuję, ze ja tak po prostu muszę, bo inaczej nie umiem... może i nie umiem inaczej... ale na pewno tak nie muszę...
I każdego pierdolonego dnia zastanawiam się na milionem różnych wersji poprzedniego, a także i kolejnego dnia...
A co kilka dni zastanawiam się też i nad dniem, który miałby się wydarzyc za rok...
I tak sobie marzę... znowu...
A te marzenia, to taka uzależniająca rzecz... i taka złudna... cholera... znowu to samo co przechodziłem tak nie dawno jeszcze temu...
A najgorsze, ze marzenia sprowadzają do jednej ogólnej myśli - teraźniejszość ssie...
I nawet jeśli tak nie jest, to i tak wyobrażamy sobie zbyt wiele wyszukanych rzeczy, któe w kółko udowadniają nam, że może być w cholerę lepiej... a nie jest...
W tym momencie zadaje sobie jedno gruntowne pytanie - gdzie w tym wszystkim mój błąd?
Ewentualnie pytanie alternatywne - czy jest coś, w czym nie popełniłem choć jednego błędu?
O jakze wspaniale by było być tak normalnym (nie wiem czy to odpowiednie słowo) jak wszyscy inni... choć nie iwem do konca czy to nie życzenie idioty... jednak czuję, że lepiej było by przybrać skórę człowieka winnego-nieświadomego, niż winnego-świadomego...
Kurwa...
Wrażenie życia w takim quasi-świecie, kiedy dookoła tak wiele ludzi ma to głeboko w dupie jest piorunująco nieatrakcyjne dla mojego i tak już ostro przyciętego stanu emocjonalnego...
A jednak coś mnie ciagnie wciaż do tegoż właśnie miejsca... miejsca, w którym odpowiedzi jest albo zbyt wiele albo zbyt mało... a istniejace pytania są zbyt bardzo abstrakcyjne, by można było do nich dobrać jakąkolwiek odpowiedź...
Istnieje jeszcze ponad nami to uczucie, ze to wszystko nie ma jakiegokolwiek sensu... że istniejemy tu sobie po chuj tak naprawdę i wypełniamy pustkę, która również istnieje po naukowy chuj...
Chujowe też (w sensie naukowym oczywiscie) jest to, że jest to bardzo możliwe, a wręcz namacalnie niezaprzeczalne... i po co tak naprawdę żyjemy?
Jaki sens życia mamy teraz, kiedy zamiast wypełniac pustkę czymś dobrym i pozytywnym, ładujemy w nią tyle gówna... jako ludzie doszlismy do pewnej cywilizacji, która opiera się głównie na gniewie i kłamstwie, a także na wielu innych emocjach (?!), z których żadne nie jest ani trochę pozytywne (obiektywnie patrząc oczywiscie)...
Właśnie... obiektywnie patrząc... czuję się idiotycznie biorąc swoją opinię za obiektywną, ale jakoś nie potrafie sobie wyobrazić, jak inteligentny człowiek może widzieć świat inaczej niż ja...
Uhhh...
Ale nie słuchac mnie proszę!
Ani trochę!
Bo ja sobie tak po prostu narzekam od czasu do czasu po prostu od czasu narzkeam do czasu sobie...
I piszę wiele bezsensownych rzeczy... właściwie tylko po to by sobie jakoś ulżyć i powiedzieć sobie, ze cos tam moze robię dla siebie i dla innych...
Może komuś jedno zdanie z tych wszystkich wypowiedzianych przeze mnie zdań zapadnie w głowę... może... to tylko takie moje złudne marzenie.. jedno z tych wielu marzeń...
Ja cały czas jednak na siłę chcę zbawić swiat... choć nie wiem tak naprawdę, jakbym mógł tego dokonać, ponieważ jestem jednym z tyh wielu, którzy nie mają nic do gadania i którzy skazani są na robienie rzeczy, których nie chcą robić, a któe muszą robić, bo do wielkich rzeczy niestety nie są stworzeni...
Okrutna prawda, której nie jestem w stanie zaakceptować - ni cholery nie jestem stworzony do wielkich rzeczy...
Ot tak właśnie...
Do czegoś jeszcze doszedłem ostatnio?
Och tak...
Potrzebuję pomocy przy sobie samym... egoistycznie bardzo, ale tak już mam...
Zaopiekuj się mną człowieku, bo błądzę cholera po tym świecie i tylko narzekam...
Tylko, ze mi się to podoba...
Nie chcę tego...
Podoba mi się...
Jeszcze dodać szczypty spokoju... nie martwić się o własne życie... tylko o życie innych...
Ale z tym trzeba się chyba urodzić...
Urodźcie mnie proszę jeszcze raz...
Aaaakh...
Pierdolę, dziękuję, do usłyszenia niedługo znowu, przepraszam, za, nieczytelność, tego, co, napisałem...
Podpisano - Mrówa - Nieudany Zbawca Świata